niedziela, 5 maja 2024

Gasnąca szerokość rynku

W grudniowym planie na 2024 zamieściłem projekcję dla SWIG80 z planem ewakuacji w czerwcu: 


Na dzień dzisiejszy realizacja wygląda tak:


Jeszcze lepiej sprawdza się projekcja dla MWIG40:


Dlatego dzisiaj wezmę ten indeks na tapetę.

Technicznie wykres pozostaje w trendzie wzrostowym. Projekcja także zakłada jeszcze jedną falę hossy gdzieś od połowy maja. Cena do zysku nie jest wysoka na tle historycznym:


Niskie C/Z mimo wzrostów cen spółek jest pochodną inflacji. Spółki podwyższyły ceny, więcej zarobiły, ale też w związku z inflacją ich przyszłe zyski muszą być wyższe, żeby zrekompensować utratę wartości pieniądza w czasie.

Zróbmy małą kalkulację. Odwróćmy wskaźnik cena/zysk i pomnóżmy przez 100%: zysk/cena * 100%, aby otrzymać zwrot z akcji MWIG40 i porównajmy z rentownością obligacji 10-letnich:


podzielmy teraz zwrot z obligacji przez zwrot z akcji MWIG40:


Na tle wysokich rentowności z obligacji cena do zysku dla MWIG40 nie jest już tak atrakcyjna. Widzimy tu wyraźnie cykl hossa-bessa dla akcji i od blisko roku jesteśmy już w trendzie spadkowym.

Mamy tu do czynienia z tradycyjnie najsilniejszym polskim indeksem. Jeszcze gorzej przedstawia się sytuacja na szerokim rynku, uwzględniającym wszystkie spółki z GPW.

Zacznijmy od spółek pozostających ponad średnią 200-dniową. Wskaźnik wyznaczył cykliczny szczyt w lipcu 2023 i od tego czasu powoli opada. Sytuacja przypomina mi okres 2010-2011. Podobne zachowanie widać też w latach 1999-2000:


Słabość widzę również we wskaźnikach: spółki rosnące przynajmniej 25% rok do roku, 50% YoY i spadające 50% rok do roku:


Spadków na szczęście jeszcze nie widać (ledwie 8% spółek spadło 50% lub więcej rok do roku), ale ponownie zauważalne jest podobieństwo do okresu 2010-2011 (1999-2000 też, ale zawęziłem wykres, żeby było coś widać).

----

Czy powyższe projekcje i analogie oznaczają bessę albo nawet krach? Na razie tego nie widać. Czarnych łabędzi nie jesteśmy niestety w stanie przewidywać. Na rynku jest wiele strachu o eskalację wojny, o krzywą rentowności, ale wiele z tego jest już w cenach. Chiny odbijają z niemal depresyjnych poziomów, a w USA przed wyborami krach byłby samobójem politycznym urzędującego prezydenta.

Rynek pokazuje nam znaki. Dla mnie to faza, w której sygnały kupna na przewartościowanych aktywach to często fałszywki i nie podążam już za nimi. Z kolei nie wpadam też w panikę na wyprzedażach, bo i sygnały sprzedaży na tym, co spada od lat, są często fałszywkami pod wyczyszczenie pozycji przed zmianą trendu. Z założenia przejdą mi ostatnie wystrzały na rozgrzanych spółkach, niejedną pozycję zacznę też budować przedwcześnie. Realizuję spokojnie swój plan.


niedziela, 28 kwietnia 2024

10 lat z ultra

Sobotę 27 kwietnia uczciłem powrotem na trasę biegu TriCity Ultra. 10 lat wcześniej, 26 kwietnia 2014 r. przebiegliśmy w czteroosobowym składzie 80 km przez najpiękniejsze zakątki Gdańska, Sopotu, Gdyni i z powrotem. Relacja z tamtego biegu znajduje się tutaj:

https://podtworca.blogspot.com/2014/04/filozoficznie-po-ultra.html

Ostatni raz coś dłuższego biegliśmy z chłopakami w 2021 (90 km w Bieszczadach). W kolejnych latach odpuściłem ultra i biegałem tylko maratony. Jednakże magia naszego darmowego biegu po trójmiejskich lasach, morenach i turystycznych atrakcjach (zorganizowaliśmy łącznie 6 edycji, które znalazły grono sympatyków) cyklicznie mnie przyciągała i nie mogłem odpuścić okrągłej dziesiątej rocznicy. W styczniu wysłałem do znajomych zaproszenie na wydarzenie i zacząłem przygotowania.


Przygotowania

Obawiałem się tego startu. Dekadę temu rzucałem się na kolejne wyzwania, dużo trenowałem i poprawiałem swoje rekordy. Ale jak wszystko, tak i  ten czas przeminął. Od prawie 3 lat głównie spaceruję, ok. 3 razy w tygodniu truchtam 5 km pętelki. Spacery urozmaicam czasem ćwiczeniami na atlasach rozmieszczonych wzdłuż alejek i przy placach zabaw. To wystarcza do utrzymania bazowej formy pod maratony turystyczne. Ale nie do ultra.

Nie obawiałem się zwiększenia intensywności treningów. Naoglądałem się i naczytałem trenerów, przebiegłem dziesiątki długich biegów (ten opisywany był równo 90-tym 40+ km), wiem jak to zrobić efektywnie. Zacząłem się natomiast bać, że nie odpuszczę, kiedy organizm da mi sygnały, że nie daje rady. Zeszły rok przesiedziałem z psychologią i zdiagnozowałem u siebie objawy osób zmuszających ciało siłą woli do kontynuacji wysiłku bez względu na kontuzje, dolegliwości żołądkowe, odwodnienie czy kołatanie serca. Niejeden taki piewca "zdrowego" stylu życia zszedł przedwcześnie na zawał, bo nie chciał się poddać.

Jedyny sposób, żeby nie walczyć z głową i organizmem, to porządne przygotowanie. Opracowałem 3-miesięczny plan treningowy z 2 maratonami po drodze, progresywnym zwiększaniem wysiłku i kompensacją przed startem. I konsekwentnie go realizowałem. Mimo to noc przed startem podświadomie tliły się obawy. Może 3 miesiące to za mało czasu? Może zwyczajnie nie chciałem kolejny raz odczuwać bólu? Jakakolwiek była przyczyna, spokój został zakłócony, bo przespałem tylko 2.5 godziny, pozostałe 4 zaś przeleżałem czekając na budzik.

Mimo to rano byłem rześki i zmotywowany. Porządne śniadanie i kubek kawy zapewniają niezbędne kalorie na podtrzymanie spalania tłuszczowego na pół trasy. Kiedyś eksperymentowałem ze śniadaniem opartym o jajka, ale mdliło mnie przez pierwsze godziny. Dlatego przerzuciłem się na kanapki z hummusem i dużymi ilościami warzyw. Do plecaka spakowałem litr wody mineralnej, litr kefiru, ciastka maltanki w czekoladzie, batonika i wafelka. Dlaczego taka kombinacja wyjaśnię w dalszej części.


1. Gdańsk

Ela zawiozła nas (Miśka vel Joszczi, Piotra i mnie) do centrum, żebyśmy ponownie stanęli pod pomnikiem Neptuna, króla mórz. Na miejscu zjawił się jeszcze Witek, weteran górskich szlaków. Punkt 7 ustawiliśmy się do zdjęcia i ruszyliśmy ku przygodzie.


Punkt pierwszy: żółtym szlakiem na Górę Gradową. W ogóle okazało się, że sporo tych gór mieliśmy na pierwszych kilometrach: Wronia, Pogańska, Cygańska, Kopernika itd. aczkolwiek żadna nie przekracza 100 metrów wysokości :D Niemniej jak się te wszystkie moreny i klify z trasy poskłada, to wychodzi łącznie 1.5 km przewyższeń.

Z Góry Gradowej jest piękna panorama Gdańska, ale że mój aparat nie umie w panoramy, zrobiłem zdjęcie naszej ekipy oglądającej panoramę. Przy okazji - wszystkie zdjęcia w trybie selfie są odbite w poziomie z powodów, których nie odkryłem, odkąd mam telefony z aparatem.


Dalej szlak prowadzi parkami do Wrzeszcza. Wolne tempo sprzyjało dyskusjom i wspomnieniom. Pogoda idealna na bieg: początkowo chłodno, trochę chmurek, ale słonecznie. Później temperatura powoli rosła do 20 stopni. Mijaliśmy Politechnikę, Jaśkową Dolinę, wszystko malowniczymi wzgórzami porośniętymi lasem.

Koło 13 km, na rozstaju szlaków w Matemblewie, Misiek i Piotrek mieli zawrócić. Nie przygotowali się do długiego biegu, próbowali dogadać się, żeby przełożyć bieg na za miesiąc, "wtedy zrobimy 50 km" mówili, ale pozostałem nieugięty, jako że data była niemal w punkt (10 lat i 1 dzień). Żeby każdy wyszedł z twarzą, i byśmy pozostali kolegami, przybyli na start i zrobili rano towarzyski trening. Wówczas Witek wyciągnął krople mocy i tak uczciliśmy ostatnią wspólną chwilę.


2. Gdańsk TPK

Dalej ruszyliśmy z Witkiem zielonym szlakiem. Chociaż zdarzyło nam się spotkać na biegach, pierwszy raz mieliśmy okazję bliżej się poznać. Na długich biegach rodzi się szczególna więź. Przed nami godziny na szlaku, subtelnie rosnące zmęczenie i odzywające się stare, zapomniane kontuzje.

Szlak zielony to najtrudniejszy i najbardziej pagórkowaty szlak TPK. Pisałem to chyba w każdej relacji z 6 poprzednich edycji TriCity Ultra, żeby się więc nie powtarzać, załączam fotkę jednej z moren.



Witek ledwie tydzień wcześniej biegł w Pieninach, nadwyrężył stopę na zbiegach, ale chciał  poczuć atmosferę TU i przynajmniej dotrzeć do Gdyni. Chociaż zostaliśmy tylko we dwóch, biegły z nami i tworzyły tą atmosferę duchy poprzednich oficjalnych edycji :D Rozmawialiśmy o psychologii, górach, słynnych wyprawach na ośmiotysięczniki, zakończonych wypadkami i roztrząsaliśmy co mogło pójść nie tak. Mężczyźni w pewnym wieku mają zaskakująco sporo podobnych refleksji.

Na punkcie widokowym Pachołek w Oliwie zrobiliśmy przystanek na uzupełnienie kalorii. Tutaj w poprzednich edycjach odłączali się uczestnicy, którzy chcieli zaliczyć półmaraton, dlatego robiliśmy grupowe zdjęcie. Chcąc dochować tradycji, zrobiłem i ja zdjęcie całej naszej grupy.


W tym miejscu wyjaśnię skąd kefir w prowiancie. Mój organizm coraz gorzej znosi słodycze na długich dystansach. Jestem w stanie zjeść równowartość jednej czekolady, potem reaguję odruchem wymiotnym na słodkie. Biorąc pod uwagę, że w takim biegu organizm spala wg mądrych apek sportowych ok. 6 tys. kalorii to trochę mało. Zauważyłem jednak po latach eksperymentów, że popijając ciastko czy wafelka kwaśnym kefirem łatwiej zwalczyć opór żołądka.


3. Sopot-Gdynia TPK

Biegliśmy i rozmawialiśmy dalej. Na punkcie widokowym Zajęcze Wzgórze/Glinna Góra (120 m) przystanęliśmy popatrzeć na Sopot i morze. Ile razy bym tam nie pobiegł, widok zawsze zachwyca.

Korzystając z zamieszania przy ustawianiu do zdjęcia zdrzemnąłem się przez pół sekundy.


Kolejny punkt na którym robiliśmy grupowe zdjęcia podczas TU to schodki koło strzelistego kościoła, obok którego wznosi się pomnik naszego Papieża na takiej jakby fajce albo fali, która wynosi go w górę.


Chwilę później osiągnęliśmy kraniec zielonego szlaku i zmieniliśmy kolor na czerwony, prowadzący do Gdyni.

W Karwinach dołączył do nas Kamil, który co ciekawe biegł z nami po gdyńskich klifach w 2014 roku w czasie pierwszego TU. 


Witkowi coraz bardziej doskwierała stopa na zbiegach. Spełnił swój plan dotarcia do Gdyni już w Karwinach, ale towarzyszył nam jeszcze przez kilka kilometrów. Ostatecznie po pokonaniu wspólnie prawie 40 km pożegnaliśmy się. Na pamiątkę strzeliłem chłopakom fotkę na przeprawie przez strumyk.


Z Kamilem omawialiśmy trendy w programowaniu, globalne perturbacje gospodarcze i ich wpływ na polskie firmy. 


4. Gdynia i klify

I tak dotarliśmy do centrum Gdyni. Na liczniku 48 km i odczuwalny deficyt kaloryczny. Dotychczas zjadłem maltanki i batonika. Na wafelka nie mogłem już patrzeć. W żabce kupiłem kanapkę z jajkiem i wyciskany sok grejpfrutowy. Ambrozja, siły wróciły.

Kolejny żelazny punkt: ORP Błyskawica zaliczony.


Plażą miejską i bulwarem zmierzamy na Klif Redłowski. Lata temu kręciło mnie wyszukiwanie wszelkich pagórków i kęp drzew na każdym etapie trasy. Tym razem najchętniej biegłbym plażą aż do mety. Ale nie można przecież pominąć widoków z klifu oraz nadbrzeżnych baterii i siatki bunkrów z czasów wojny.



Większość Klifu Orłowskiego obejrzeliśmy jednak od dołu. Niesamowite jak czas go zmienia. Zwalone drzewa, obsunięte kępy roślin. Przy orłowskim molo, podobnie jak 10 lat wcześniej, pożegnałem się z Kamilem. Dzięki niemu i Witkowi przebycie 56 km okazało się bardzo przyjemnym doświadczeniem. Mieliśmy wolniejsze tempo niż kiedyś, ale też mniej przystanków. 



5. Sopot-Gdańsk plaża

Ultra to jednak ultra. Trzeba się przygotować na zmęczenie i ból. Póki co jednak wciąż pięknie: założyłem słuchawki i puściłem składankę starych przebojów. Truchtając wzdłuż plaży do Sopotu mijałem uśmiechniętych ludzi, zakochane pary, rodziny z małymi dziećmi, a tłum na koncercie Robbiego Williamsa śpiewał Angels:

And through it all she offers me protection

A lot of love and affection

Whether I'm right or wrong

And down the waterfall

Wherever it may take me

I know that life won't break me

Nigdy nie zapomnę tej chwili.

W sopockiej żabce dokupiłem wodę, a na uzupełnienie kalorii sok z marchwi. Nie zdało się to na długo. Każde uderzenie w kostkę brukową jest nieprzyjemne, czy się truchta, czy idzie. W przeciwieństwie do wielu wcześniejszych biegów dbałem o nawodnienie. Nie czułem charakterystycznego pobolewania głowy.

Trzecie molo - w Brzeźnie - kończy ten etap trasy. Czas na ostatni fragment TriCity Ultra: powrót do centrum.



6. Stadion, Stocznia, Główne Miasto.

Niby większość czasu biegnę, ale nie udaje mi się ani razu zejść poniżej 7 minut na kilometr. Biegnę, żeby szybciej dotrzeć do końca. A potem przechodzę w chód, bo obojętnieję. Muzyka bardzo pomaga. Czasem dzięki muzyce całe to zmęczenie i ból znikają.

Jeden z ostatnich punktów: zdjęcie przy stadionie Energii, który okazuję się teraz stadionem Polsat Plus. Kciuk w górę nawiązuje do fotki sprzed 10 lat.


Na wysokości Stoczni kończą mi się kalorie. Czuję nadchodzące odcięcie. Dopijam kefir i raz dwa staję na nogi. Powinienem wykonać zdjęcie przy 3 krzyżach, ale już mi się nie chce. Stopy bolą od stąpania po kamiennych kocich łbach.

Czuję już koniec, odchodzi zmęczenie i ból. W mieście mnóstwo turystów. Przeciskam się bulwarem do Zielonej Bramy i ruszam w ostatnią prostą Drogą Królewską. Wreszcie meta TriCity Ultra przy Złotej Bramie.


Siadam na słupku. Nogi odpoczywają, jest wciąż przyjemnie ciepło. Czekam na Elę.





czwartek, 11 kwietnia 2024

Stan rynku w kwietniu

 Nazbierało się trochę tematów, więc podsumuję krótkim wpisem.


1. Jak napisałem poprzednio, sprzedałem część pozycji, część przesunąłem do kruszców, KGH i kilku powiązanych spółek. Na razie wygląda to dobrze, ale dopiero zachowanie podczas korekty na rynku pokaże, czy te wybicia się potwierdzą, czy są tylko pułapką na byki.

Ważny metal w całej układance to srebro, które w byczym scenariuszu powinno dotrzeć w tym cyklu do okolic 40-45$, formując wielką formację "filiżanki z uchem".


2. Czy będzie korekta?

Szeroki rynek słabnie, główne indeksy poprawiają szczyty. Jako ilustrację zamieszczam wersję oscylatora McClellana dla GPW:


WIG może bić jeszcze rekordy miesiącami w takim środowisku, dlatego raczej oczekuję korekty niż końca hossy.

Większość spółek może iść w bok lub już się osuwać, ale duzi gracze wyciągną indeksy tam, gdzie najmniej się spodziewamy. To najtrudniejsza dla mnie faza na rynku, ponieważ wiele sygnałów kupna to fałszywki, a to co ma rosnąć często najpierw generuje fałszywy sygnał sprzedaży.

Czy tak będzie z JSW?


Nadal utrzymuję pozycję na spółce. W czerwcu minie rok. Zamroziłem kapitał, bo źle to rozegrałem. To co straciło JSW, zarobił KGHM. Kupno w czerwcu 2023 byłoby OK, gdybym przy 50 zł zamknął część pozycji. Tego się już nauczyłem, że pozycje spekulacyjne na spółkach cyklicznych należy częściowo keszować, wziąć zysk. W razie cofki możemy wyjść wygodnie z pozycji z małym zyskiem. To nie jest XTB, żeby trzymać pod rozwój. Tutaj przyszłość jest wiadoma: rozkradanie majątku i oszukiwanie drobnych akcjonariuszy. To kolejna istotna zasada do mojego systemu.

Dlaczego utrzymuję pozycję mimo wyraźnego trendu spadkowego i spodziewanego wyciskania akcji? Bo im bardziej spada, tym wyższa wartość oczekiwana zakładu. Zamierzam rozbudować pozycję, jeśli spadnie poniżej 30. Czekam na panikę, koniec węgla, stali, opowieści o nowych, zielonych technologiach. Tego się już nauczyłem, że GPW jest sterowana medialnymi sygnałami z zagranicy i jak nauczymy się je odczytywać, możemy dobrze zarabiać.


3. WIG_ENERGIA

Jeśli trend ma wytrzymać to tutaj. Otworzyłem symboliczną pozycję spekulacyjną na PGE. Może wrócę na Energę.


Nie czuję tego indeksu i nie buduję tu nic długoterminowego.


4. Główny obraz

Zgodnie ze scenariuszem na ten rok, szukam okazji do zamykania pozycji w dobrych miejscach, rotowania do rażąco zdeprecjonowanych aktywów. Czekam na USDPLN po 3.60 i CHFPLN po 4.20.

A później, niestety wiele na to wskazuje, będziemy zmierzać do Depresji 2025. Kolejne dni, tygodnie, miesiące odmierza odwrócona krzywa rentowności.





niedziela, 31 marca 2024

Odrodzenie

Zdradzę wam w jaki sposób odeszły mi problemy ze snem. Odwróciłem zasadę stosowania uważności. Kiedyś robiłem to tak: jeśli przytłaczały mnie jakieś sytuacje bądź za dużo myślałem, nie mogąc już dłużej znosić dyskomfortu, wchodziłem w medytację uważności, żeby przykre uczucia wybrzmiały i odeszły. Było to skuteczne, ale nie rozwiązywało źródeł problemu. Wydawało mi się, że problemy leżą na zewnątrz a moim zadaniem jest trenować się w akceptowaniu ich i wykształcić mechanizmy rozpuszczania trosk w teraźniejszości.

W sierpniu 2023 wróciłem do psychologii. Odkopałem w archiwach blog 3dno, który niestety już zniknął z sieci. 10 lat temu wpisy autora o psychologii traktowałem jak ciekawostki. Artykuły czytane z nowym bagażem doświadczeń zrobiły na mnie duże wrażenie. Kupiłem kilka książek, ze szczególnym naciskiem na Aleksandra Lowena. Po latach uprawiania sportu i wsłuchiwania się w sygnały płynące z ciała koncepcja, żeby rozpatrywać człowieka jako jedność umysłu i ciała, przemawia do mnie zdecydowanie silniej, niż tylko intelektualne przepracowywanie problemów. Rozpoznawałem w ciele nienazwane uczucia i towarzyszące im napięcia mięśni, których istnienia nie byłem wcześniej świadomy.

Kwiatki z wczorajszego maratonu

Algorytmy YouTube wyłapały moje nowe zainteresowania i podsunęły świetnych nauczycieli i niezliczone wykłady. Dojrzewałem do swojej eureki, którą stała się prosta koncepcja wyrażona przez Juliena Blanca: zamiast stosować uważność do ucieczki od niepokoju, potraktuj niepokój jak okazję do zagłębienia się w jego przyczyny właśnie poprzez medytację. Zadawaj pytania "dlaczego?", ignoruj odpowiedzi generowane przez umysł i czekaj cierpliwie, aż z nieświadomości wyłoni się odpowiedź. Czasem w postaci prostego zdania, czasem jednoznacznego obrazu, czasem tylko zrozumienia. Ta odpowiedź rozsunie tylko pierwszą warstwę niewiadomego, za którą leżą kolejne pokłady przekonań zbudowanych na pierwotnych wierzeniach, tożsamościach i dziecięcych traumach. Za każdym razem pytam siebie z życzliwą, nieoceniającą szczerością "dlaczego?" W ten sposób przebijam się przez kolejne warstwy i w pełni przeżywam towarzyszące im uczucia, aby pozwolić im wybrzmieć i opuścić ciało lub chociaż osłabić wpływ na system nerwowy.

Julien pokazał paradoks medytacji: jeżeli używasz jej do ucieczki, to nie wytrzymasz 10 minut, ba, nawet minuta sprawia problem, bo umysł znajduje nagle tysiąc ważniejszych tematów do przemyślenia lub ogarnia cię potworna nuda. Jeśli jednak użyjesz medytacji do poszukiwania nudy czy niepokoju, to praktycznie dostajesz na tacy klucz do swoich najgłębszych lęków i emocji. Po usłyszeniu tej nowiny, chwyciłem za zeszyt i rozpocząłem medytację. W ciągu jednego dnia zdiagnozowałem ponad 20 kluczowych przekonań, które zaburzały mój spokój. Docierałem do rzeczy których się wstydziłem, bądź z powodu których czułem się winny. I wybaczałem sobie, czasem się śmiałem, bo fundamenty moich przekonań potrafiły być naprawdę niedojrzałe, takie jakim byłem, gdy się zainstalowały.

Nie zawsze potrafiłem znaleźć przyczynę. Może pośrednie odpowiedzi nie były prawidłowe, może źle interpretowałem obraz podsunięty przez nieświadomość. Zapisywałem to co wyszło i zostawiałem na później. Przed spaniem zadawałem sobie pytanie o konkretne zachowanie bądź emocję i we śnie czasem otrzymywałem odpowiedź w postaci sytuacji, którą po przebudzeniu potrafiłem zinterpretować.

Pamiętam, że tego pierwszego dnia przepełniło mnie uczucie pełnego spokoju i miłości. Było tak intensywne, jakby serce chciało się wyrwać i wyfrunąć z klatki piersiowej. I nagle pojawiła się TA myśl, która zawsze gdzieś z tyłu błąkała się kiedy byłem szczęśliwy (ale i kiedy musiałem przetrwać coś bolesnego, smutnego bądź nudnego): TO minie. Dlaczego? Bo wszystko się kończy i umiera. Kiedyś odsunąłbym tą myśl, zepchnął skąd przybyła i udawał, że jej nie ma, żeby ten piękny stan nie odchodził. Ale moja radość nie byłaby już pełna. Tym razem objąłem TĘ myśl z pełną akceptacją jako immanentną cechę rzeczywistości i nic nie mogło zmącić mojej radości. Przez kilka godzin przebywałem w tym stanie pełni, nie potrzebowałem wzmacniać go muzyką, nic nie chciałem czytać. Kiedy się obudziłem nie było po nim śladu, ale nie tęskniłem. Wiedziałem, że to była czysta miłość i droga do niej prowadzi przez wewnętrzną zgodę i autentyczność, i nie raz będzie mi jeszcze dane jej skosztować.

Poszerzałem wiedzę, szczególnie o traumach rozumianych jako nierozładowana energia na skutek wystąpienia mechanizmu zamarcia. W zdarzeniach, które organizm interpretuje jako zagrażające życiu, operowanie schodzi do najpierwotniejszych części mózgu (tzw. gadzi mózg), gdzie obowiązują 3 podstawowe strategie: walka, ucieczka lub zamarcie (fight, flight or freeze). Szczególnie ta ostatnia strategia jest niebezpieczna dla ludzi, bo polega na koncentracji energii w układzie nerwowym pod działanie, które ma pomóc organizmowi wyrwać się z niebezpieczeństwa. Jeśli nie dojdzie do rozładowania tej energii, zostanie uwięziona "na zawsze" i do końca życia człowieka będzie źródłem niepokoju, niespełnienia bądź innego rodzaju problemów. Jest to temat rzeka i zostawiam go waszym studiom, mogę podrzucić kilka ciekawych nazwisk: Alexander Lowen, Gabor Mate, Tim Fletcher, Peter Levine.

Nie miałem też oczekiwań co do swojego stanu zdrowia, który wydawał mi się w porządku. Lata na diecie roślinnej, sport, wzmacnianie ciała ascetycznymi praktykami wzmocniło je. A jednak świadomość uczuć, które objawiają się w ciele odsłoniła miejsca zdegenerowane wewnętrznymi napięciami. Np. wykryłem napięcia w klatce piersiowej czy w gardle, które zaciskają się kiedy jestem podekscytowany. Znalazłem sposoby rozładowywania tych emocji poprzez otrząsanie. Po kilku miesiącach zauważyłem, że radykalnie spadł mi poziom wydzieliny w gardle. Całkowicie przestawiłem się na oddychanie nosem: nawet w trakcie biegów, co zresztą zacząłem wykorzystywać do eksperymentów z nawodnieniem i kontrolowaniem temperatury ciała.

A co ze snem przerywanym, od którego zacząłem wywód? Tu również niczego nie oczekiwałem. Nawet się przyzwyczaiłem i zaakceptowałem przerwy w spaniu (tzw. sen starożytnych). Po 3 godzinach budziłem się, odpalałem telefon, czytałem i oglądałem interesujące materiały, sporządzałem notatki na kolejny dzień, po czym po 3-4 godzinach wracałem do snu. Rano miałem już plan dnia. Żeby jednak upiec dwie pieczenie na jednym ogniu wprowadziłem zasadę, że przez pierwsze pół godziny po przebudzeniu medytuję, planuję, fantazjuję - cokolwiek, ale nie dotykam telefonu. I po kilku tygodniach okazało się, że w 4 na 5 przypadków po rozpoczęciu medytacji odzyskiwałem świadomość nad ranem po przespaniu praktycznie całej nocy. Przesunęła się tylko "co nieco" godzina startu: z ok. 9 na 5.


czwartek, 7 marca 2024

Złoto jako zabezpieczenie

Styczniowo-lutowe wystrzały na kursach niektórych spółek wykorzystałem do wyjścia z części pozycji. Czasem wyszedłem w punkt, czasem za szybko. Jedyna pozycja, którą rozbudowałem to Kino Polska. Powoli buduję też pozycję na kruszcach, o której pod koniec tego wpisu.

Powoli zbliżamy się do pierwszych analogii kończących hossę. Np. analogia do cyklu 2011-2013, którą kiedyś prezentowałem:


Są też jednak analogie dające więcej czasu na wykończenie wzrostów:


Rynek nigdy nie jest jednoznaczny, dlatego nie ma co zbytnio wyprzedzać sygnałów. W 2017 wyszedłem pół roku za późno, w 2021 pół roku za wcześnie. 

Ponadto w ostatnich latach zaszła pewna zmiana. We wcześniejszych cyklach większość spółek rosła w hossie i spadała w bessie. Np. w 2018 prawie wszystko spadało synchronicznie. Tymczasem w 2022 indeksy spadały, ale na wielu spółkach można było zarobić i był to dla mnie świetny rok (giełdowo, bo z powodu inwazji rosyjskiej nie przespałem dobrze wielu nocy).

Zakładam, że ta tendencja się utrzyma. Dlaczego? Ponieważ hossa 2022-2024 była dotychczas bardzo selektywna. W lipcu zeszłego roku liczyłem na szerokie wzrosty (czerwcowy sygnał), ale stało się odwrotnie. Sygnał został zanegowany i potrzeba było kilku miesięcy, aby rynek wrócił do wzrostów. W tym czasie wiele branż kontynuowało spadki (górnictwo, leki, PCO, CPS i wiele innych) podczas gdy wybrani liderzy pruli do przodu. Dlatego cena do wartości księgowej WIG_POLAND pozostaje rekordowo mocno rozszczepiona w zależności jak liczymy wartość (średnia z c/wk pojedynczych spółek lub zsumowana wycena vs zsumowana wartość księgowa):


Stąd zamiast opuszczać synchronicznie pokład do gotówki jak to robiłem kiedyś, przeparkowuję powoli kapitał do mocno zdołowanych aktywów, utrzymując jednocześnie pozycje na spółkach, które rokują na dalsze wzrosty bądź skalowanie biznesu (XTB). Bez pośpiechu, zachowując szeroki margines. Pierwszą próbę podjąłem w zeszłym roku (indeks śmieci) i okazała się przedwczesna. Nadal utrzymuję tamtą pozycję poza Energą, którą skróciłem podczas ostatniego rajdu, zwiększyłem natomiast pozycję na KGHM.

Branża wydobycia metali przyciągnęła ostatnio moją uwagę z powodu złota, które pokonało szczyt wszech czasów bez zbytniej uwagi mediów. Dzisiaj złotem jest Bitcoin, a kruszce rajcują co najwyżej boomersów. 

Sprawdziłem, że w razie bessy złoto dobrze się zachowuje. Mnie interesuje głównie jako przechowalnia kapitału, ale jak widać potrafi wystrzelić w trakcie paniki giełdowej:


Na GPW jest dostępny nisko-kosztowy ETC na złoto:

https://stooq.pl/q/?s=etcgldrmau.pl&c=5m&t=c&a=lg&b=0

Mało kto wie, ale KGHM też produkuje trochę złota. Złoto o zawartości powyżej 99,95% Au jest odzyskiwane ze szlamu złotonośnego, powstającego w procesie elektrorafinacji srebra i sprzedawane w postaci sztabek. Spółka jest jednak przede wszystkim producentem miedzi i jednym z największych producentów srebra.

Mimo rajdu na złocie, pozostałe kruszce radzą sobie średnio (srebro) lub bardzo słabo (platyna, pallad). A najgorzej radzą sobie kopalnie, co widać na sile relatywnej ETF gold miners vs gold:


Czas pokaże, czy ten zakup był dobry, czy podobnie jak kiedyś Azoty nietrafiony. Mam też parę zagranicznych spółek na oku, ale nie będę ich zdradzał, bo nie chcę nikogo wpakować na minę.






wtorek, 27 lutego 2024

Barca Maraton

 Zasadniczo ludzie dążą do komfortu, żeby czuć się lepiej. Ja należę do tych, którzy praktykują dyskomfort, żeby cieszyć się ze zwyczajności. Możliwości jakie oferuje kapitalizm, często mnie przytłaczają. Sprzęty i gadżety, które innym ułatwiają życie, mi komplikują. Czasem niektóre aplikuję do życia i zazwyczaj jestem z nich zadowolony. Przywiązuję się, a potem i tak nie chcę zamieniać na lepsze. 

Podobnie mam z wycieczkami zagranicznymi. Po zwiedzeniu Rzymu, Luwru czy British Museum potrzebuję ze 3 lata spokoju. Nie da się wrócić do normalności po obcowaniu z dziełami, które kreowały moje dzieciństwo. Właściwie gdybym do końca życia miał już tylko zwiedzać polskie lasy i miasteczka z gotyckimi katedrami, zaakceptowałbym ten los. Widziałem wszystko o czym marzyłem. Dlatego do Barcelony leciałem niejako z obowiązku. Nadal podczas spacerów słuchałem składankę z Via Appia Antica, nie chciałem, żeby zatarły się wspomnienia i uczucia jakie przywołują.

Zakwaterowaliśmy się na tydzień w Dzielnicy Gotyckiej. Maraton wyznaczyłem na trzeci dzień pobytu. Pierwszego przylecieliśmy w nocy, drugi to wspólne zwiedzanie okolicy. Trzeci dzień pozwoli wypocząć dzieciakom, da im okazję namówić mamę na słodycze, za które ojciec nie zmierzy surowym wzrokiem. A ja będę mógł przenieść się do wymiaru, gdzie nie istnieje czas i obowiązki, i doświadczyć na własnych nogach, co tak fascynuje ludzi w stolicy Katalonii.


Park Ciutadella 1-2 km

Zacząłem z okolic łuku triumfalnego. Pierwszy etap to popularny wśród mieszkańców miasta Park Ciutadella. Jak to na początku wycieczki, wystrzelałem tu najwięcej zdjęć.



Aparat tego nie pokazuje. Jak się przybliży, w tle widać górę
 z majestatyczną świątynią na szczycie. Gdzieś tam miałem
tego dnia dobiec.



Z powodu suszy fontanny w mieście zostały
wyłączone.


Park przyjemny. Taki turystyczny szlagier, ale z duszą. Kilka historycznych zabudowań, budynek Parlamentu Katalonii. Pokrążyłem alejkami i ruszyłem w kierunku plaży.


Plaża 4 km

Jako że tradycyjnie zabrałem 0.3 litra wody i tym razem czekoladę zamiast wafelka, schłodzenie w morzu było integralną częścią biegu. Słońce w pełni, 15 stopni na plusie. Nie chciałem się odwodnić.



Kilka miesięcy temu kupiłem kamerkę biegową, żeby uwiecznić pętlę po nieużytkach i parkach, od której zaczynałem przygodę z bieganiem w 2011 roku i do dzisiaj najczęściej wybieram ją na spacer lub bieg 5 km. W ciągu kilkunastu lat wyrosło na trasie kilka osiedli, sporo ścieżek zostało wykostkowanych, ale jej charakter się zachował. Nakręciłem trasę, zrzuciłem na dysk i odłożyłem kamerkę do szuflady.

Przypomniałem o niej sobie przed wyjazdem do Barcelony. Coś tam kojarzyłem, że reklamowali ją jako wodoodporną. Postanowiłem więc sfilmować kilka scen z biegu, m.in. pływanie. Tak też uczyniłem tego przedpołudnia. Popływałem tu i tam, rzuciłem się na kilka fal. I kamerka padła. Później po powrocie sprawdziłem, że do filmowania pod wodą trzeba użyć specjalnego opakowania, które wrzuciłem do innej szafki, do której pamięć moja nie zagląda. No trudno. Znowu będą tylko fotki z biegu (później po powrocie do Gdańska jeden z ekranów kamerki odżył i udało się odzyskać nagranie, co możecie obejrzeć w teledysku na końcu tego wpisu).


Giełda 6 km

Z plaży ruszyłem już ku górom, zahaczając o wybrane wcześniej punkty w mieście. Zainteresowało mnie centrum handlowe z wielkim złotym dachem. W środku zobaczyłem wielki bazar, coś jak bydgoska giełda na Chemiku.



Trasa przez miasto nie została stworzona pod bieganie. Barcelona jest gęsto zasiedlona, pocięta ulicami na kwadraty, a żeby przez nie przejść, trzeba często czekać na światłach. Trudno złapać rytm.


Sagrada Familia 8-9 km

Trochę mi GPS zaczął wariować, więc dotarłem do Sagrady od innej strony niż planowałem. W pewnym momencie zza wierzchołków drzew dojrzałem majestatyczne wieże.


Kościół robi wrażenie. Pokręciłem się, porobiłem kilka zdjęć i ruszyłem dalej. Tak szczerze, to chciałem się już wyrwać z miasta.



Jardins del Doctor Pla i Armengol 11 km

W kierunku gór idzie się cały czas pod górę :) Biorąc pod uwagę, że co chwila przecinam skrzyżowania, nie ma dużego opóźnienia w stosunku do biegu. Ogrody doktora Pla okazały się przyjemnym przystankiem. Wreszcie mogłem potruchtać wśród drzew i skosztować pierwszej z wielu panoram tego dnia.


Fascynująca przebudowa basenu. 


Park Guinardo 12-13 km

Z ogrodów szedłem dalej pod górę. W końcu droga zamieniła się w schody.


I dotarłem do pierwszej prawdziwej górki w parku Guinardo. Niesamowite jak odległe wydawało się stamtąd morze. 



Telefon zupełnie mi zwariował i straciłem trasę zapisaną w Google Maps. Nie miałem jej też w zegarku, bo nawet jeśli kiedyś wiedziałem jak to zrobić, dawno zapomniałem. Poszukałem więc kilka punktów widokowych w górach i wybrałem wyznaczenie trasy.

Po minięciu szczytu ukazał się widok na wcześniej przesłoniętą część Barcelony i góry do których zdążałem.



Za miasto 14-16 km

Trasa była już dużo luźniejsza. Nadal wąskie uliczki wśród gęsto zabudowanych pagórków, ale bez ruchu samochodowego. Minąłem jakiś deptak miasteczka wchłoniętego przez wielkie miasto.


Jeszcze tylko wiadukt nad obwodnicą.




I wydostałem się! Z każdym kolejnym metrem zgiełk miasta cichł.


Mirador d'Horta 17 km

Pierwsza atrakcja wskazana przez mapę, punkt widokowy d'Horta znajduje się na półpustynnym wzgórzu.




Rozciąga się z niego widok na Park Guinardo, z którego przybiegłem i Park Gruell.


A potem odwróciłem się i ruszyłem ścieżką na pierwszy szczyt.




Parc Natural de Collserola 18-21 km

Wieńczy go samotne drzewo.





Biegło się super. Zbliżałem się jednak do półmaratonu, więc musiałem wyznaczyć jakiś punkt zwrotny. Pierwszym była wieża Vigia Montbau, do której prowadzi kawałek szlaku po skale.


Na miejsce dotarłem za szybko.



Sprawdziłem, że kolejny fajny punkt widokowy nazywa się Maria Gispert i stamtąd już definitywnie postanowiłem zacząć powrót, żeby zdążyć przed zmierzchem.

Do punktu dotarłem bardzo szybko. Pstryknąłem widok, który miał być ostatnim i otworzyłem czekoladę. Połówka maratonu, czas uzupełnić kalorie i łyknąć trochę wody.




Tibidabo 21-25 km

Kiedy się posilałem, wdałem się w rozmowę z dwoma niemieckimi dziadkami (a właściwie z jednym, bo drugi tylko się uśmiechał z ukosa, jakby bał się, że zaraz zażądam reparacji wojennych). Szli niebieskim szlakiem do wielkiego kościoła na szczycie góry. Spojrzałem w prawo i widok mnie urzekł.  Tyle kilometrów byłem sam, a kiedy miałem już zawracać, spotkałem tych ludzi. Uznałem, że to znak i trzeba biec dalej.


Sam szlak jest słabiej oznaczony niż te w Polsce. Kilka razy go zgubiłem, kilka razy biegłem ulicą albo jakąś ledwie widoczną ścieżką, z której musiałem zawracać. Ale kościół zawsze gdzieś się wyłaniał i przybliżał.



Schody na pół osoby

Na miejscu okazało się, że to cepelia. Świątynia jest nowa (budowana 1902-1962), na szczycie Jezus z Rio, obok park rozrywki. Ale było warto. Idealne zwieńczenie wyprawy.



Mówią, że stąd najlepszy widok na miasto


Do miasta i Camp Nou 26-32 km

Czas wracać. Wybrałem najszybszą trasę do Camp Nou i zacząłem zbiegać. Po niecałym kilometrze trafiłem na jakieś pół kilometra schodów w dół.


Fiku miku i już byłem w Barceloniku. Znowu od przedmieści ku szybko gęstniejącej zabudowie. Znalazłem jakąś boczną uliczkę, założyłem słuchawki, dojadłem czekoladę i zanurzyłem się w muzyce.




W mieście nie miałem już specjalnie nic do zobaczenia. Starałem się balansować między odległością od celu a omijaniem ruchliwych ulic.

Zaliczyłem stadion w budowie i sklepiki dla kibiców. 


Montjuic 33-37 km

Przedostatni etap podróży: wzgórze Montjuic. Dzień wcześniej doszliśmy do zamku od strony morza (schodząc zwiedziliśmy bardzo fajny park kaktusów). Tym razem podbiegłem od strony Muzeum Sztuki Katalońskiej.




Widok na szczyt Tibidabo

Droga polegała już na kluczeniu między turystami a światłami. Skręciłem w jakieś schody do parku i ścieżka zaprowadziła mnie do greckiego teatru. Oczami wyobraźni widziałem, jak 2000 lat temu Rzymianie oglądali tu swoje eposy. Spocząłem na kamieniu, dopiłem resztki wody i zajrzałem do internetu, żeby poznać historię miejsca. Podobnie jak Tibidabo, amfiteatr zbudowano w XX wieku. Trzeba było nie czytać :)



Barri Gotic 38-40 km

Na koniec zostawiłem najciekawszą dla mnie dzielnicę. Ale tego dnia nie miałem już ochoty na kluczenie po jej wąskich uliczkach. Katedra, rzymskie podziemia wymagały swojego czasu. Ten bieg miał swój urok w górach parku Collserola. Teraz pragnąłem tylko prysznica, 6-paka (0.25 litra) i wygodnego fotela.




Podsumowanie

Barcelona przypomina mi trochę Gdańsk: ma swoją bogatą historię, ale dużo w niej nowych "zabytków". Widać potrzebę Katalończyków na zaakcentowanie swojej tożsamości i tworzenie nowych narracji. Taki bieg jest tylko muśnięciem prawdziwego ducha miasta, którego poznaje się wraz z mieszkańcami. "Plastelinowe" budowle Gaudiego mają swój urok, ja jednak wolę strzelisty gotyk.

Na koniec kwestia, która mogła zaświtać ekipie biegowej. Jak zrobić maraton z elementami górskimi przy pełnym słońcu i 15 stopniach na 0.3 litra wody? Przetestowałem z sukcesem pewną koncepcję: bieg z zamkniętymi ustami. Oddychając ustami pozbywamy się wody z organizmu, podobnie jak pies, który w ten sposób odparowuje ciepło. Od kilku miesięcy biegam wolnym tempem, oddychając tylko nosem i wytrenowałem. Dobre, co?